Szczepan Bednarski

Bordowy klasyk

– Wiesz, że za pół godziny biorę ślub?

– I w czym problem? – zapytałem.

– Pewnie już się gorączkują. Zaraz ktoś uruchomi syrenę alarmową. Muszę iść.

– Naprawdę?

Moja ręka na klatce piersiowej podziała cuda.

– Nooo, może za chwilę – powiedział Krystian.

Pan młody, którego delikatnie przycisnąłem do ceglanej ściany, pojawiał się  w moim życiu średnio raz na pół roku. Stryjeczny brat Ady nie utrzymywał z nią szczególnie bliskich kontaktów, ale od wieku nastoletniego hucznie obchodził imieniny i urodziny. Nawet gdy skończył trzydzieści pięć lat. Krystian potrafił robić sceny jak rozchwiana emocjonalnie nastolatka, ale ojciec Ady i tak uwielbiał bratanka. Choć Ada nie przepadała za kuzynem, już tyle razy zawiodła rodziców, że nie chciała dawać im kolejnego powodu do wydziedziczenia, więc zaliczała każdą z rodzinnych imprez.

Krystian wcześnie wyłysiał, ale miał do siebie dystans – zgolił się na zero i zapuścił zarost w stylu Waltera White’a. Nie wierzyłem, że ten image na kogoś podziała, a tu proszę – na ostatnich imieninach przedstawił narzeczoną. A pół roku później – ślub. I tak wylądowałem na weselu, gdzie prawie nikogo nie znałem. Ratowałem Adę, żeby nie musiała iść z losowym gościem z Tindera.

– Szczepek, co ty?

– Musisz się trochę rozluźnić.

– Wcale nie…

Średni protest, tłumów by nie porwał.

– Zaraz ponad sto osób będzie spijać każde słowo z twoich ust. A do tego wokół was będzie latał kamerzysta. Podsłuchałem, że ma zamiar zrobić master shota, żeby nie robić cięć.

– Aha.

Głośno przełknął ślinę, przestał się wyrywać. Położyłem mu dłonie na ramionach, po czym obróciłem go twarzą do ściany. Umięśnione palce znowu mi się przydały. Dziesięć sekund masażu i już mruczał jak mój były kot.

– Jeszcze ktoś zobaczy...

– I tylko tym się przejmujesz? – wyszeptałem mu do ucha.

– Tak...

– Błąd.

Jednym płynnym ruchem pozbawiłem go marynarki.

– Ej!

– Ciszej, bo usłyszą – syknąłem.

Chociaż miałem wprawę, nie obyło się bez lekkiego podduszania, ale sekundy później Krystian został również bez krawatu. Srebrny, mieniący się blaskiem monet z folii aluminiowej, wylądował w pobliskim koszu.

– Skąd wiedziałeś, że tak lubię? – zapytał Krystian.

Oparł dłonie na ścianie i z błogim wyrazem na twarzy przytulił do chłodnych cegieł, nieustannie chłostanych przez listopadowy wiatr.

– Możesz się już odwrócić.

Zrobił to niechętnie, po dłuższej chwili. Zacząłem się zastanawiać, czy nie powinien mu i jego narzeczonej wyświadczyć nieco innej przysługi. Krystian szybko rozszyfrował mój wyraz twarzy i odchrząknął.

– Gdzie mój krawat?

– Po pierwsze, to nie zasługiwał na takie miano. Po drugie, nie mogłem pozwolić, żebyś wystąpił w czymś takim.

– Dobra, dobra, gdzie jest?

– Wyrzuciłem go, zapomnij.

Szczere przerażenie odmalowało się na twarzy pana młodego.

– Ale j-jak to? Marysia mnie zabije, jak pojawię się taki... n-niekompletny.

– Już, spokojnie, oddychaj. Weźmiesz mój.

Nawet go nie rozwiązywałem – wystarczyło poluzować. Bordowy klasyk w mikro groszki. Do granatowego garnituru Krystiana pasował nieporównywalnie lepiej niż srebrny potworek. Chłopak wyciągnął rękę, a ja w ostatniej chwili cofnąłem swoją. Było mi go trochę żal z racji temperatury, ale nie znałem litości:

– Najpierw kamizelka.

– Nie podoba mi się już ta zabawa. – Nachmurzył się. – W ogóle to wolałbym, żebyś nikomu o tym nie mówił. Gorąco mi się zrobiło, to przez stres, przez przypadek...

– Kamizelka.

Spojrzał na zegarek, potrząsnął głową i zdjął siostrę krawatu. Odzienie również straszyło srebrnym kolorem. Brakowało tylko brokatu, choć i bez niego całość łapała każdy promyk jesiennego słońca i świeciła lepiej niż naramienne opaski odblaskowe.

– Dobra, teraz możesz założyć krawat. – Dałem mu chwilę. – No, wreszcie wyglądasz jak człowiek, a nie ochroniarz u odpustowego jubilera.

– Przecież ja nie wymyśliłem tego stroju! Tak mi doradzili w sklepie!

– Jakby ci to powiedzieć, stary... Sprzedaje się to, co jest popularne. A popularne jest to, co się sprzedaje. Błędne koło, którego nikt nie chce przerwać. W telewizji wciąż można trafić na kabarety. – Zrobiłem wymowną pauzę. –Brakuje dobrych wzorców, więc możesz się czuć rozgrzeszony.

Pewnie by mi zaraz wygarnął, ale wtedy rozległo się:

– KRYYYSTIAN!

Chociaż schowaliśmy się za rogiem, głos był krystalicznie czysty – za nic miał sobie terenowe przeszkody w postaci okrągłych stołów pod wielkimi parasolami. Swoją drogą, kto w Polsce organizuje w listopadzie ślub w plenerze? To jak podstawianie głowy pod ostrze kata. Sam założyłem trencz z podpinką na garnitur, a i tak co jakiś czas szczękałem zębami. Domyślałem się, że panna młoda odchodziła od zmysłów, tym bardziej, że zaczęło kropić, wiatr wyraźnie miał ochotę porwać welon, a ona paradowała w krótkiej sukience i butach ocieplanych równie dobrze co sandały. W dodatku gdzieś zaginął jej narzeczony. Musiałem działać szybko.

– Gdzie się szwendasz? Musimy przećwiczyć taniec! – krzyczała Marysia.

Niegłupi pomysł, przynajmniej by ich to trochę rozgrzało. Chociaż panu młodemu przypisałbym raczej kieliszek czegoś mocniejszego.

– Słyszałeś? – zapytał Krystian. – Muszę lecieć. Nie widziałeś jej wkurzonej. Nie chcesz widzieć.

Bez słów podałem mu marynarkę, w ostatniej chwili wyciągając z brustaszy różowy bukiecik. Zrobiłem zamach.

– NIEEE! – zawył Krystian.

– Hmm?

– Marysia sama go skomponowała. Przeżyje brak krawatu, przeżyje brak kamizelki, ale nie tego. To już lepiej, żebym nie miał obrączek.

– Mam tylko jedno pytanie. Będziesz rzucał o północy bukietem?

– Nie, przecież jestem facetem.

– No właśnie, dziękuję.

Zamaszystym ruchem posłałem bukiecik w kierunku żywopłotu. Ugrzązł na samej górze. Odetchnąłem z ulgą – miałem pewność, że prędzej zgnije, niż dostanie się w czyjeś ręce.

– Nie... – zaskomlał Krystian.

Trochę żałowałem, że Ada nie może go zobaczyć w takim stanie. Od razu zrobiłoby jej się lepiej. Nie byłaby z tego dumna, ale umówmy się – dla endorfin duma nie jest priorytetowa.

Podtrzymałem go, bo padłby na kolana. Szkoda garnituru – akurat z kolorem navy trafił idealnie.

– Krystian, gdzie jesteś, do cholery?!

Głos był coraz bliżej.

– Zaraz będziemy się musieli do zdjęć ustawić, a ja muszę jeszcze ten układ przećwiczyć.

Pan młody spojrzał na mnie rozpaczliwym wzrokiem. Odwróciłem się na pięcie i poczułem, jak za kołnierz marynarki chwyta mnie Krystian.

– Nie zrobisz mi tego...!

Wystarczył duży krok do przodu, żeby się uwolnić. Czy naprawdę myślał, że zostawię go w takiej sytuacji? Nie jestem potworem. Dopadłem do pierwszego stołu. Tak jak pozostałe był żywcem wyjęty z amerykańskiego wesela. Ale w listopadzie? Odrzuciłem tę myśl i sięgnąłem po wazonik. Zaraz włożyłem pojedynczy goździk w klapę marynarki Krystiana.

– Tylko jeden?

– Wystarczy, serio. Marysia to doceni. Jak nie za chwilę, bo za chwilę to może cię zabić, to jak będziecie oglądać zdjęcia, a ty nie będziesz na nich straszył filią kwiaciarni w brustaszy. – Poprawiłem mu krawat, do brustaszy włożyłem swoją białą poszetkę. – Dobra, jesteś gotowy. Powodzenia.

Poklepałem go kumpelsko po ramieniu. Drżącymi rękoma wyciągnął telefon i zrobił sobie selfie. Momentalnie zszedł z niego stres. Metamorfoza zyskała akceptację.

– Tobie też powodzenia, wiesz, z druhnami.

– Dzięki, ale raczej nie będę go potrzebował.

 

Marysia nie zabiła Krystiana. Chociaż gdy mówiła, że nie opuści go aż do śmierci, bardziej zabrzmiało to jak groźba niż obietnica. Nie zmusiła go jednak do noszenia bukieciku. Zresztą nie miała za bardzo miała taką możliwość, bo widziałem, jak nieszczęsną wiązankę ze szczytu żywopłotu porwał jakiś zachłanny ptak.

Z satysfakcją słuchałem rozmów ludzi, którzy mówili, że Krystian wygląda tak dobrze jak nigdy.

– Nie podejrzewałam, że taki z ciebie altruista – powiedziała Ada, gdy staliśmy w kolejce do składania życzeń. – Przecież nawet go nie lubisz.

– Pewne sprawy są ważniejsze niż przyziemne ludzkie stosunki.

– Aha, jasne. Ale życzenia i tak ty składasz.

– Żaden problem.

– Ale że swój krawat poświęciłeś... Jestem pod wrażeniem. Nie czujesz się goły z odsłoniętą szyją? Boję się o twoją pewność siebie, jak będziesz podbijał do druhen.


Spojrzałem na nią wymownie.

– Przyszedłem tu z tobą.

– Ze mną przyszedłeś, ale nie ze mną wyjdziesz.

– Cóż – poprawiłem niewidzialny krawat – będzie jedna rzecz mniej do zdjęcia.

– Kurna, Szczepan, strasznie tani ten tekst.

– Już się nie oburzaj. Gwarantuje, że jestem dżentelmenem aż do ostatniej skarpetki.

– A potem?

– O tym, co potem, dżentelmeni nie rozpowiadają.

 

Szczepan Bednarski

Koszyk

Twój koszyk jest pusty.

Dokonaj swoich pierwszych zakupów