Szczepan Bednarski

Black tie, drapieżna kuguarzyca i zaskakujący przyjaciel...

 

         Niektórym nonszalancja przychodzi z wiekiem.

             U mnie przyszła z kontrabasem.

         Kumple w liceum dorabiali, roznosząc ulotki albo opróżniając portfele rodziców. Ja grałem na basie, a do tego wymyśliłem sobie pracę w sklepie muzycznym połączonym z antykwariatem. Tak, wiem, so exciting. Ale Pan Eustachy, właściciel i prawdziwy pasjonat, nauczył mnie o życiu nieco więcej niż kierownik sali restauracji pod złotymi łukami. Natomiast odwiedzający sklep jazzmani szybko pomogli mi zrozumieć, na czym polega klasa.

         Dlatego mijając portiera, tylko skinąłem mu i pewnym krokiem wszedłem do holu. Zamiast skierować się na główną salę, ruszyłem za postawnym dżentelmenem, który nie wierzył w smoking. Założyłem, że to kwestia religijna – inaczej nie założyłby przecież dżinsów i granatowej marynarki, skoro na zaproszeniu było wyraźnie napisane „black tie”.

          Zeszliśmy po schodach, a korytarz poprowadził nas do kurtyny, której nie powstydziłaby się broadwayowska scena. Mojego towarzysza zatrzymał pracownik hotelu – uprzejmy, ale z bicepsem, który prawie rozsadzał rękaw koszuli. Na mnie na nie zwrócił nawet uwagi – pasowałem do okoliczności.

           Bankiet trwał w najlepsze, na sali było co najmniej kilkadziesiąt osób, a w tle przygrywał klasyczny kwintet jazzowy. Trochę im współczułem – nie było to może granie do kotleta, ale już na pierwszy rzut oka było widać, że mało kto ze zgromadzonych jest zainteresowany muzyką. A już na pewno nikt nie zorientował się, że odgrywają cały album Kind of Blue

            Zacząłem lawirować między smukłymi barowymi stolikami z ciemnego mahoniu. Stały na nich głównie kieliszki i przysadziste tumblery. Brakowało jednak przystawek, choćby mikroskopijnego finger food. Gościom to nie przeszkadzało, bo większość była pogrążona w dyskusjach.            

            - Nawet nie wiecie, jakie jest na to zapotrzebowanie – odezwał się energiczny dziadek z wąsem. - Stare lugery, colty, ale też zwyczajne noże, nawet takie do papieru. Ważne tylko, żeby miały na swoim koncie jakąś ofiarę.

            - Robi pan jakieś promocje dla fetyszystów? – zapytałem.

            - Hehe, wie pan, może powinienem, ale ja nie wnikam, czemu ktoś to kupuje. Zakładam, że to miłośnicy historii. 

             Puścił mi oko.

             - Ja wiem, czemu moi klienci kupują ode mnie obrazy – powiedziała czarnowłosa kuguarzyca. Zapewne niejedna nastolatka zazdrościła jej smukłych nóg. Jedynym dodatkiem do małej czarnej był szmaragdowy wisior. - Podnieca ich, że mają coś niedostępnego dla innych. A fakt, że wszyscy tego szukają, tylko podgrzewa atmosferę.

             Przeniosłem się do kolejnego stolika. Tam trzech facetów dyskutowało o samochodach. Szok. Z tego co zrozumiałem jeden z nich miał dostęp do wozów, które brały udział w filmowych pościgach, a im bardziej zniszczona karoseria, tym wyższa cena. I jak zrozumieć ten świat?                                                                                  

            - Aleś się pan wystroił.                  

            Zachrypnięty głos wyrwał mnie z zadumy. Spojrzałem w dół na niższego o głowę mężczyznę. Trzydzieści parę lat, może nawet mój rówieśnik, ale wyglądał, jakby urodził się w innej dekadzie.

             - To nie Oscary – dodał, zarechotał i podrapał się po nosie sygnetem.                                              

             Zlustrowałem go od stóp do głów. Biała koszula i granatowy garnitur – może by to i przeszło, gdyby nie był o rozmiar za duży. Pasek ledwo utrzymywał spodnie. A do tego mucha rodem z sieciówki.

           - Krawaty też ma pan na gumkę? – zapytałem z uśmiechem.

           Gość zaczął się pienić, ale mnie już tam nie było. Zatrzymałem się przed ogromnym lustrem. Czy faktycznie się wystroiłem? Spojrzałem na odbicie.                                                                           

           Czarne oksfordy z błyszczącymi noskami, wyslimowany smoking z klapami szalowymi, biała koszula z ukrytymi guzikami, pas smokingowy i czarna mucha. Jedynie w przypadku tej ostatniej pozwoliłem sobie na odrobinę ekstrawagancji - zamiast klasycznego batwinga w stylu Rogera Moore’a zdecydowałem się na model ze spiczastymi końcówkami. Taki ze mnie modowy renegat.

           Uśmiechnąłem się. Do niebieskich oczu bardziej pasowałby blond, ale nie narzekałem na swoje brązowe kudły - przynajmniej nie odmawiały posłuszeństwa i dało się je zaczesać na bok. Przejechałem ręką po szczęce – gładka jak pupa niemowlęcia, przestawienie się na golenie brzytwą miało swoje plusy. Brak zarostu trochę uwidaczniał opadający prawy kącik ust, ale zdążyłem się do niego przyzwyczaić. Poza tym dzięki niemu opanowałem do perfekcji zawadiacki uśmiech. 

           Zespół zaczął grać All Blues Davisa. Ah, ta elegancka linia basu, moje palce same zaczęły szarpać niewidzialne struny. Trębacz udźwignął temat, ale spojrzenia wszystkich zwróciły się ku bocznym drzwiom. Ubrani na biało kelnerzy wprowadzili kilka wózków. Na każdym stał jakiś obiekt przykryty płachtą. Panowie ustawili się na środku i niczym zespół baletowy jednocześnie ściągnęli satynowy materiał z, jak się okazało, klatek, w których niespokojnie poruszały się zielonkawe jaszczurki. Wyglądały jakby dorobiły się podwójnych podbródków od zbyt obfitych posiłków.                                                           - Szanowni państwo, dostarczacie swoim klientom nietypowych przedmiotów i doznań – odezwał się wysoki chudzielec ze szpiczastą bródką, prawdopodobnie gospodarz. - Dlatego my postanowiliśmy zaserwować wam coś nietypowego. Stek z agamy brodatej, podawany w sosie koniakowym powinien zaspokoić najbardziej wysublimowane podniebienia.                                                                     

           Goście zgotowali mu aplauz. Pokłoniwszy się, dał znać kelnerom. Wyprowadzili wszystkie wózki poza jednym, ustawionym na środku bezpośrednio pod reflektorem, który miał wzmagać apetyt przybyłych.           

           Sięgnąłem po kieliszek szampana.                                          

           - A pan czym handluje? – zapytała mnie zadbana czterdziestka, którą spotkałem przy innym stoliku. Trudno było oderwać wzrok od szmaragdowego wisiorka, który uwidaczniał głęboki dekolt.


        - Meblami.                                                                     

        - Antyki?                                                          

        - Niekoniecznie.                                                 

        - Jakieś wykonywane na zlecenie? – do rozmowy włączył się dżentelmen z kieszonkowym zegarkiem w ręce.       

        – Z egzotycznych materiałów? Wenge, palisander, krwawiąca muninga?                                                                                    

        Jakby co mam dostęp do...                                         

        - Raczej MDF, ale wiecie, taki twardszy od mahoniu.          

       Do otaczającej mnie grupki podeszło jeszcze kilka osób.   

        - Hmm, to czym się te meble wyróżniają? Jakieś repliki znanych modeli? Słyszałem, że to teraz popularne. Co pan oferuje klientom? 

        - Komody, regały, biurka, stoły też mamy.               

         Rozmówcy posłali mi dziwne spojrzenia. Wstępnie zainteresowana kuguarzyca odwróciła się na pięcie. Zauważyłem, że ktoś rozmawia z pracownikiem hotelu (tym przypominającym byłego komandosa). Postawny chłopak ruszył w moim kierunku.     

        Poprawiłem mankiety koszuli.                              

        - Przepraszam pana – zaczął uprzejmie. - Mogę prosić o nazwisko. 

       Chciałbym się tylko upewnić, czy jest pan na liście. Nie chciałbym, żeby zabrakło dla pana porcji.                                               

       Wskazał na jaszczurkę w klatce. Uśmiechnąłem się po swojemu, półgębkiem.                                                                    

       - Bednarski. Szczepan Bednarski.                              

       - Dziękuję, już sprawdzam, chyba tutaj...                

        Nie miałem zamiaru czekać, aż przejrzy całą listę, na której mnie przecież nie było. W końcu wszedłem dzięki strojowi, a nie zaproszeniu. Pan Eustachy powiedział mi o tym osobliwym evencie, ale nie był w stanie wcisnąć mnie na listę. Bardzo się tym zmartwił, poczciwiec, ale byłem mu wdzięczny za samą pamięć.             

        Reszta osób przy stoliku śledziła długopis portiera przeskakujący z wiersza na wiersz. W tym czasie ja zrobiłem nonszalancki obrót i przyspieszyłem kroku, a saksofonista właśnie zapominał, że na bankietach nie gra się psychodelicznych solówek. Skrzeczące, rwane nuty, odbite od zdobionego sufitu, spadały na gości niczym pikujące jastrzębie. Na moment rozmowy ustały, muzyka zwyciężyła. Wszyscy zamarli w oczekiwaniu na...                                                       

        W biegu złapałem klatkę z jaszczurką, drugą ręką zgarnąłem z tacy kieliszek szampana i wymeldowałem się z imprezy, nim wezwali ochronę.                                                                            

        Czułem się trochę zawiedziony, że nikt nie zaczął mnie gonić.

        Wyszedłem na ulicę i zaciągnąłem się świeżym powietrzem.

         Poprawiłem muchę, która nieco przekrzywiła się podczas niedawnej rejterady. Podniosłem klatkę z jaszczurką.

         - Dobry wieczór. Wiesz co, wyglądasz na Klausa. Taaak, zdecydowanie na Klausa – powtórzyłem. - Powiedz coś, jeśli ci to nie pasuje.                                                                               

         Jaszczurka utkwiła we mnie ślepia.                                         

         - Czyli Klaus.                                                                 

         Czułem, że to początek pięknej przyjaźni. 


Autorem opowiadań o Szczepanie Bednarskim jest Łukasz Wasilewski

Szczepan Bednarski

Koszyk

Twój koszyk jest pusty.

Dokonaj swoich pierwszych zakupów